Zdani na własne
Zdani na własne nogi, objuczeni bronią i amunicją, przemierzamy połacie środkowej Anglii, wzniesienia, doliny, brody, nawet gdy tuż obok dudnią pracowite mosty. Jesteśmy bronią specjalną, nie dla nas wygodne transportery, nie dla nas czołgi ni amfibie, idziemy w słońcu i deszczu, garbaci, przygięci ku ziemi, pękaci i ociężali. Nazwy angielskich miast i miasteczek, osiedli i wsi, które są czymś z bajki o kwiatach — tu strzecha bywa wizytówką minionych wieków i świadectwem dobrego smaku — idziemy w znoju, z jednym tylko zadaniem i jednym celem wędrówki: wzmocnić nogi i płuca, odporność karków, być zdolnym do samodzielnego przenoszenia się w pełnym uzbrojeniu w odległe punkty map. Jest w sposobie naszego szkolenia coś z metod średniowiecza, choć stanowimy broń najbardziej nowoczesną. Zmilitaryzowany świat jakby przeczuwał, że w ostatecznym rachunku na polu bitwy zostanie tylko żołnierz, jego karabin i nóż. Reszta jest chimerą. Idziemy przez Baston w hrabstwie Northampton, przez Bourne w Lincoln, odbijamy ku Stretton w Rutland i dopiero w Waltham on the Wolds pozwalam na dłuższy postój. Mamy za sobą dziesięć godzin marszu z krótkimi postojami na spuszczanie wody, nasze łydki, z chwilą zrzucenia z pleców ciężaru broni, żywności i amunicji, sprężynują, korpus traci wagę, zwalamy się w trawę, strzyżoną krótko, soczystą i miękką zarazem. I teraz dopiero mięśnie wiotczeją, znużenie skleja powieki. Nie mam słów, głębokie westchnienie w czystym powietrzu, papieros. Żyjemy, by maszerować... — To długi, kostyczny Konrad, którego ktoś wyjął z gotyckich inkunabułów. Ładnieś rzekł. Nie ja, cytat z kogoś, nie pamiętam. Nie kłam. Co mam kłamać. Zawsze mówisz cytatami z samego siebie. Może. Jeżeli człowiek mówi, mówi od siebie, nawet gdy powtarza. Tyż tak myślę — wtrąca Jan, którego nazwisko, Gałaj, wyszło w ogóle z użycia, przezwany Nieorderem. Nieorder, piekielny kapral. Nie zawsze. Gdybym powtórzył słowa Monty\'ego... Pamiętacie, co powiedział po inspekcji Brygady? „Podobacie mi się, będą z was dobrzy mordercy\"... — uprzedza mnie Konrad, postać ze „Słowa o pułku Igora\". Ryża wo jasny Goldblat rusza odstającymi uszami. Co, zgadzasz się z nim, Goldblat? A czy ja co mówię? — mówi Goldblat. Ruszasz uszami. No to czym mam ruszać? I co z tego, że ruszam? Jerzy zrywa trawkę i kładzie sobie na otwarte oko. Bomba zegarowa, która udaje niewypał. Zielone niebo — mówi. Mruga szybko powiekami i zrzuca drażniące źdźbło. Mętna łza ratuje podłechtaną źrenicę. Płaczące niebo. Ali right, panie poruczniku. — Jerzy milknie na dobre. Moja niepełna kompania, chłopcy różnej budowy, potężni i drobni, uczeni i półanalfabeci, inteligenci i chłopi z Podola, Wileńszczyzny, Mazowsza, Poznańskiego i Śląska. Mam prawo mówić „moi chłopcy\"; są moi i ja jestem ich. A przecież wiem, że gdzieś, na dnie naszej codzienności, czai się cień, coś mnie dzieli od każdego z nich, przyjaźnie są powierzchowne, zależności dosłowne. Nie potrafię tego określić, ale czuję te chwile, kiedy mnie nie cierpią, a wiem dokładnie, kiedy ja mam ich dość. Wiąże nas postanowienie wytrwania do końca, nie chcemy zejść z tej wyspy pokonani przez czas i szybko przesuwające się dywizje na liniach frontów, które już kilka razy w ciągu minionych tygodni zdawały się wyciągać po nas ramię i cofały je na skutek własnego rozpędu; stawaliśmy się niepotrzebni albo niego-towi. Gotowi jesteśmy tylko do rozpadu, jeżeli to potrwa. Nasza przyszła demobilizacja, nasze spotkania po latach, w przypadkowym tramwaju, na urlopie, w knajpie, otworzą się ramiona, kombatanci z egzotycznych czasów i ziem. Pamięta pan porucznik?... Pamiętasz, Jasiu?... — Powstań! — Wstaję pierwszy. — Rozbijamy obóz. Potem przychodzi
Poprzedni - Mazutem, pod kładkąNastępny - Noc. Nic się